Mości Państwo,
Wieczór. 19:54.
Leżę i oglądam film – to raczej był film. Może po prostu telefon, ale wolałbym film. Ostatnio nadrabiam dobre filmy (Shadowlands, Out of Africa, Bronson). Skłaniam się do Bronsona i przyglądania się jego wąsowi. Choć teraz jak o tym myślę, to cholera nie obejrzałem go do końca.
Telefon.
Widzę nazwisko. Odbieram. Słucham. Zgadzam się. Odkładam słuchawkę. Mówię tak soczyste KURWA, że się aż sam sobie dziwię.
A miał to być wolny wieczór. Pierwszy od kilku miesięcy. No i te wąsy. Toż to skandal oglądać filmy po kawałku.
Przy zwyczajowym zasuwaniu po 12… do 15h codziennie, przez siedem dni w tygodniu to całkiem istotna sprawa.
Nie jestem pewien, czy bardziej się na siebie denerwuję, bo powiedziałem: „Tak” czy dlatego, że podświadomie nie mogę się wyrwać z biczowania się o bezproduktywnie spędzony czas. Niekiedy nawet gapienie się w sufit musi mieć powód i uzasadnienie. I niekoniecznie jest to pilnowanie równo schnącej farby, a całe to pierdololo o neuroprzekaźnikach, regeneracji i dbaniu o neuroplastyczność mózgu.
Obowiązek jak kula u nogi
Jadę do firmy nagrywać.
Umówiony byłem wczoraj. Przyjeżdżam rano. Punktualnie. Okazuje się, że zła pora. Jest obsuwa i wszyscy zestresowani. Umawiam się na 12:00, bo będzie przerwa.
Jestem o 11:55. Przerwa była o 11:00. Znowu nie nagrywam. Drugi manager inaczej dogadał ekipę.
Przyjeżdżam na kulminację działań. Ok. W końcu nagrywam. Ha-ha-hi-hi jest miło, fajnie i przyjemnie. Robię swoje. Zbijam piąteczki. Wracam zadowolony do domu z myślą, że może w końcu trochę odpocznę, bo nic mnie nigdzie już nie goni.
O 19:54 telefon. „Ej, przyjedź proszę, bo trzeba by jeszcze to i tamto” Jadę. Bo trzeba. Czwarty raz. A miał być jeden.
Nie chodzi o to, co tam trzeba zrobić. Kilka ujęć. Kilka uśmiechów. Kadr bliższy, dalszy. Ktoś coś powie. Trzeba zadać kilka pytań. I tyle.
A mimo wszystko coś wtedy we mnie pękło.
Potem kliknęło. Ale najpierw pękło.
Następny poranek. Ja kompletnie wypompowany. Montuję materiał. Piszę w dzienniku. Piszę esej. Analizuję i składam wszystko w jeden malowniczy obrazek, który podgryzał pędzel, którym go malowałem z każdym pociągnięciem.
W swojej działalności agencyjnej przyjąłem założenie, że „jestem zawsze gotowy do dowiezienia tego, do czego się zobowiązałem. Potrzebują – jestem na posterunku.” Założeń agencyjnych jest kilka. Że jestem partnerem klienta we wspólnym wzroście. Że na mojej zmianie nie będzie fakapów, a klienci będą dostawali to, czego w danej chwili rzeczywiście potrzebują, a nie to, co jest dla mnie wygodne. W końcu z moich działań ma być tyle pieniędzy, żeby wszyscy na tym zarobili. Brand i PR jest miłym dodatkiem. Mimo że są fundamentem.
Pieniądze w przyjaźni
Moją ideą w początkowej fazie działalności agencyjnej było zbudowanie struktur firmowych na pieniądzach klientów agencyjnych. Tworzę procesy. Testuję je na klientach. Zatrudniam ludzi. Szkolę ich na klientach. Biorę klientów tylu, żeby mi ich opłacili.
Zadecydowałem. Ruszyłem. Poznałem człowieka i w tym przypadku jak ulał weszło powiedzenie, że prędzej Twój klient zostanie Twoim przyjacielem, niż przyjaciel zostanie Twoim klientem.
Pasuje w tym temacie jednocześnie inne stwierdzenie: jak ma się miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę.
I tak oto się o siebie troszczymy i pomagamy, gdy tylko cokolwiek jest komukolwiek potrzebne.
Relacje – w zależności od swojej natury – powinny mieć swoje granice, tak jak funkcjonalność miejsc w mieszkaniu. Spanie z lodówką na wyciągnięcie ręki brzmi fantastycznie, ale nie należy do najrozsądniejszych zestawień.
Mieszanie tych realiów jest zdradliwe.
Problemem niektórych relacji jest to, że są albo oparte o spełnianie oczekiwań, albo o transakcyjność.
Albo dajesz mi to, czego potrzebuję, albo znikam.
Albo Ty robisz swoje, a ja swoje i każdy ma swoje miejsce, albo znikam.
Ani jedno, ani drugie nie brzmi dla mnie, jak przyjaźń.
Pozycja dojrzałości
Dobra, zdrowa relacja, która wynika z pełni siebie i zadowolenia z życia to dawanie tyle, ile druga osoba potrzebuje – bez zastanawiania się nad tym, czy to opłacalne, czy nie. No bo przecież jak u mnie jest dobrze, to można się tym podzielić.
Zawsze w ten sposób traktuję ludzi. Daję, bo mam. Robię, bo mogę. Idę i działam, bo potrzebują. Sam natomiast nie mówię o niczym, czego potrzebuję.
Jak czegoś chcę, to muszę się urobić, jak dziki osioł. Nie proszę o pomoc. Dam radę.
Terapeuta miałby tutaj niezłe pole do popisu. Tymczasem w naszym przypadku przyjaźń stała się ważniejsza od statusu klienta.
Stawianie granic miałem niegdyś opanowane do perfekcji, gdy prowadziłem różne grupy i społeczności. Zasadą, jakiej pilnowałem, było trzymanie dystansu. W myśl tego, że granica nie może się zatrzeć. Społeczność to społeczność. Lider to ktoś obok, przed kimś, niosący ciężar za innych. Za ludzi, którymi się opiekuje.
Uparcie dążyłem do tego, żeby trzymać się swoich zasad i stać na straży: „każdemu według zasług, a nie lat stażu” – skończyło się na tym, że mimo jawnych (opowiedzianych mi przez prowodyra) działań obstrukcyjnych pewien zespół liczył 70 osób. Zacząłem, mając na pokładzie kilkanaście. Odżył. A mimo to miałem kogucików i judaszy w szeregach. Ten sam człowiek – po serii systematycznych działań podkopujących mój autorytet – w końcu przyznał mi rację i podziękował. Powiedział, że nadal nie zgadza się z moimi sposobami, systemem i metodyką, ale widzi efekty i jest wdzięczny. Nie wierzył, że jeszcze poczuje to, co było 10 lat wcześniej.
Oczywiście nasze stosunki się nie poprawiły. Dalej toczył jednostronną wojnę.
W tym wszystkim zawsze było coś, co narzucałem z góry, z czym nie było żadnych dyskusji.
Oficjalny regulamin. Standardy zachowania. Kodeks wartości.
Tyle, że społeczność wtedy budowałem ja.
A tutaj jestem jedynie dodatkiem do czegoś, co już stoi. Tworzę swój witraż najlepiej, jak się da. Dodatkowo lepię krzywe fundamenty, tam gdzie się zaczyna walić, ale to nie jest moje i nie mogę niczego narzucać w większym obrazku. Nie moja to decyzja, żeby używali cegieł i kamienia zamiast piasku i gliny. Z gliny też można, ale trzeba do fundamentów ściany z rusztowaniem dachu też inaczej zrobić.
Mój klient stał się przyjacielem i potem wynaturzyła się (ja wynaturzyłem? On wynaturzył? Nawet jeśli on, to na to pozwoliłem) relacja firma–klient. Status przyjaciela stał się ważniejszy niż klienta. Jak się prowadzi firmę, to tworząc kulturę organizacyjną nie należy budować rodziny, a społeczność. W rodzinie dochodzi do nadużyć. A tych można uniknąć poprzez zasady, prawa, statuty. W rodzinie wszyscy dostają co i ile potrzebują. Bez względu na wszystko. Firmy tak nie działają. Współprace tak nie działają. Umowa jest formą dbania o przyjaciela.
Bratanie się z klientami ma sens, jeżeli te współprace są ad hoc/jednorazowe/okresowe. Ale nie gdy są stałe. To dotarło do mnie zbyt późno.
Ramy
Zasady. Wartości. Umowa. Oficjalna, albo i nie – ale zawsze jakaś musi być. Wprowadzenie zasad działania, scenariusza – co się stanie, gdy… jest fundamentem każdej relacji. Psy, dzieci, dorośli – uczą się tego, jak można się zachować względem innych w określonych sytuacjach. Jak ktoś przeholuje – albo daje się „po łapach”, albo pozwala sobie włazić na głowę.
Wtedy zacierają się granice. Jak nie ma określonych ram i zasad, to działa się „pomimo”. Umawiasz się z kimś na jakąś realizację, robisz 3x więcej, pytasz: „co z tym robimy” i słyszysz: „no… byliśmy w wirze fajnej pracy”… I cisza. I jego, i moja. Krótko. Spojrzenie jedno i drugie. Potem litania innych problemów i nawał kolejnych działań.
Ta rozmowa w ogóle miała miejsce, bo pracy chcieli coraz więcej, a z płatnościami różnie. Jak chciałem im o tym powiedzieć, że mi się to nie podoba, to przez kilka dni się migali i w końcu powiedziałem, że albo kasa się znajdzie, albo nie opublikuję i nie zrobię dla nich już niczego. Jak postawiłem sprawę na ostrzu noża, to tego samego wieczoru się u mnie pojawili.
Zwróciłem uwagę, że tak się nie robi. Znowu postawiłem sprawę jasno, ale nie domagałem się finansowego zadośćuczynienia. Zapamiętałem jednak ten tekst dość wyraźnie. Nie by pielęgnować urazę. Żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Przyjaciela się nie rozlicza.
Inaczej relacja jest transakcyjna.
Z kolei relacja firma–klient to z natury relacja transakcyjna.
Wobec tego klienta owszem, należy. Usługobiorcę tym bardziej.
A jak jedno z drugim się miesza?
Granice zatarte to takie, które powodują frustracje, bo wielokrotnie nie mam pojęcia, jak mam się teraz zachowywać.
Brakuje w tym wszystkim ustalonych ram. I karencji. Zabezpieczeń dla mnie, bo w tej chwili bez np. dodatkowej płatności za moje działanie ad hoc – nie nauczą się tego, że mój czas nie jest z gumy. Jak ktoś ma coś szanować, musi za to zapłacić.
Pojechałem, bo trzeba było. Zabrakło działania wcześniej. W ostatniej chwili, kiedy jestem potrzebny, nie można mówić: „zapłać” – jest to intratne, bo człowiek Cię rzeczywiście potrzebuje, ale to wykorzystywanie słabości pozycji drugiej strony. Jeden to uzna za oznakę siły, a drugi jak wbijanie noża w plecy.
Zasady i podpisana umowa. Zawsze. A przede wszystkim odpowiednia postawa człowieka. Jego poziom bycia. Obie strony muszą pilnować swoich warunków.
No i kurczę w tej sytuacji obaj jesteśmy winni. Ja bardziej, bo na nią pozwoliłem. Skoro jestem taki cwany, taki inteligentny, to dlaczego na takie bezeceństwa pozwalam?
Cóż. Już nie pozwalam. Sprawdzone. Ostatnio dostałem kolejny telefon z pomysłem, że „może bym teraz przyjechał, bo wcześniej nie pomyślałem, że można to nagrać”. Powiedziałem, że „następnym razem chętnie, ale na dziś mam już plany”.
Strona agencji. Oferta. Reklamy. Instagram – karuzele, infografiki. Planem stałem się… ja.
Mój biznes. Moje działania. Moja marka. Ja.
Nie jakoś egoistycznie. Po prostu grabie grabią do siebie. I o mnie czy o moją rodzinę obcy ludzie (nawet przyjaciele) się kompleksowo nie zatroszczą.
Aczkolwiek na posterunku dalej jestem. Działam jednak, jak jest to odskocznia od zasady. A nie zasada sama w sobie.
Cholera. Tyle lat pracy. Tyle doświadczenia, a człowiek na takich fundamentach się wykłada. Bo „jakoś to będzie”.
Było.
Teraz każdy kolejny przypadek współpracy jest tak zdrowy, jak na to zasługuje. Kolejni klienci przychodzą i mają określone zasady współpracy. Od początku do końca. Wydają się zadowoleni. A ja się nie muszę zastanawiać, czy aby nie jestem nader oschły.
Teraz jest dobrze.
Ufanie sobie
Zdarza mi się zagłuszać wewnętrzny kompas. Z nieznanego mi powodu przestaję ufać dobrze skalibrowanej intuicji, która uporczywie puka, a ja z uporem maniaka coraz głośniej podkręcam radio.
Pracowałem z młodymi ludźmi przez lata w sporcie. Zatrudniałem kilkukrotnie.
Mimo wszystko w sporcie inaczej to wygląda, niż w pracy. Albo inaczej widoczne jest to, co się robi. W sporcie – nawet jeżeli jest to zespół, to gra się na siebie. W pracy – trzeba umieć to zauważyć. Zajęcia sportowe trwają godzinę, może dwie i są do kilku razy w tygodniu. Do pracy chodzi się codziennie na osiem godzin.
Chyba że się nie chodzi, ale wtedy zatrudnienie szybko się kończy.
Dziś, jak patrzę na tych dwóch, to mam dwa spostrzeżenia, których mi zabrakło w odpowiedniej chwili. Jedyne, co mogło na pierwszego wpłynąć, to albo potrząśnięcie, albo długotrwałe opiekowanie się nim – nie miałem na to ani ochoty, ani finansów. Drugiego nie powinienem był w ogóle zatrudniać – zagłuszyłem kompletnie swoją intuicję, która mi krzyczała: „Halo, Krzychu to j*bnie. Nie rób tego.” Wydaje mi się, że to czego nie dałem jednemu chciałem podarować drugiemu.
Hojność łatwiejsza niż rozmowa
Toż to skandal oglądać filmy po kawałku. Minął przeszło tydzień od tych nieszczęsnych czterech wymarszów.
A ja nadal nie obejrzałem Bronsona do końca.
Skandal.
I dlaczego?
Bo chciałem być hojny? Hojnością było poświęcanie swojego czasu. Finansowo bardzo hojne dla klienta. Dużo pracy-mało płacy.
Emocjonalnie wątpliwe.
Taka cisza to ucieczka od trudnej rozmowy. A napięcie dalej unosi się w powietrzu.
Wszystko dlatego, że nie postawiłem sprawy jasno. Bo nie pojechałem po bandzie i nie narzuciłem zasad funkcjonowania. A może i postawiłem. Rozmowa się odbyła, ale ustalenia rozjechały się w gąszczu dygresji, które są w tym przypadku standardem.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przeglądałem dziennik z przełomu lipca, sierpnia i września. Znaczy nie ma nic złego w przeglądaniu dziennika, ale problemem jest to, co tam wyczytałem.
„(…) Jako lokomotywa nie do zatrzymania. A teraz szuka siebie? (…) HA! Typowe. (…) A potem będzie sprzedawać coś, czym nie jest (…) O. A tu jest mail sprzedażowy. Dzień dobry. Intuicja mnie nie zawodzi. (…) »Miałam robić, obiecałam, ALE TO TAKIE TRUDNE« (…)”
Cholera. Poświęciła kilka lat na współbudowanie czegoś, czego nie jest już częścią, bo stwierdziła, że da sobie radę sama. Zapomniała – albo nie rozumiała – że jednak to nie ona jest matką tego sukcesu. I pompowała się cudzą chwałą.
Chyba tego nie chcę. Zasuwam dla innych, a o sobie zapominam. Bardzo nie chcę skończyć, jak ona.
Prawie skończyłem.
Całe szczęście prawie robi wielką różnicę.
To są cytaty moich luźnych myśli na temat całkiem obcej osoby, którą zauważyłem jako ciekawy przypadek, w którym będę doszukiwał się mechanizmów pragnienia władzy i dostatku. Ego na 102 i takie tam.
Nie tylko jej. Moje też.
Widziałem wszystko.
I co? I g.wno.
I tak parłem dalej naprzód, mając w głowie święte przekonanie o tym, że „jestem taki genialny, no bo wszystko przecież widzę”.
Tak oto spotyka się wrześniowy Krzysztof z październikowym i stwierdza: „Ależ Ty kurna jesteś głupi”.
Pieszczotliwie rzecz jasna, bo trzeba o siebie dbać, ale bez wskazania palcem na głupotę nie pójdzie się dalej. Aha – tak, tak. Nie jestem głupi, tylko głupio postępuję.
Znam ten dryg. W końcu nauczycielem byłem, nie?
Wybory i dbanie o siebie
Kto w którym momencie jest dawcą, a kto biorcą? Czy to, że pozwalałem na to wszystko, jest skutkiem tego, co wybrałem jako „moje przejebane”?
Oddawanie siebie i dolewanie do cudzego dzbanka nie jest czymś złym – jest wręcz czymś pięknym. Tyle, że wszystko musi mieć swoje miejsce.
Patrząc na młodych ludzi można stwierdzić, że coś z nimi jest nie tak. Wręcz przeciwnie. Mają zdrowszą relację z sobą samym. Szala ja > społeczność jest po prostu inaczej przechylona. Mniej myślenia stadnego. Ale za to też mniej samobiczowania i rezygnowania z siebie. Jak z zawodem ratownika. Najpierw zadbaj o siebie, żeby zadbać o innych. Przy czym – nie każdy jest rzeczywiście indywidualistą na tyle, żeby grać w tę grę w taki sposób.
Całe szczęście widzę teraz, że z pustego nie naleję. A jest to typowy problem mędrców z internetów. Słuchać należy wyłącznie tych, którzy byli tam, gdzie Ty chcesz dotrzeć. W przeciwnym razie masz do czynienia z farmazoniarstwem.
Moja mechanika była dokładnie taka sama, ale inna jest intencja. Jeszcze tego by brakowało, żebym sam się farmazoniarzem nazwał, a mimo wszystko trzeba powiedzieć: w jednym i drugim przypadku chce się być Salomonem, co z pustego chce nalać.
W przypadku farmazoniarstwa okłamujesz ludzi, że wiesz, jak coś zrobić.
W przypadku rezygnacji z siebie okłamujesz ludzi, że ich życie jest dla Ciebie ważne.
To, co ważne
Agencja miała być na doczepkę. Stała się trzonem. Przez jakiś czas będzie, ale nieco inaczej, niż zakładałem.
Tworząc markę galanterii skórzanej planem była manufaktura specjalistów. Manufaktura „od stóp do głów”: skóry, kapelusznik, ceramika, papier i stemple, noże i EDC, krawiec i inne gadżety. Cholera. Motocykle lubię. Stare auta lubię. O to też miałem zahaczyć.
Założyłem agencję, bo nie dogadałem się z pracownikiem i na rynku nie ma odpowiednich ludzi do pracy przy skórach. Poszedłem w agencję, bo stwierdziłem, że tacy ludzie będą do każdego biznesu potrzebni. To było częścią planu. Dograć ludzi od mediów, którymi się sam zajmowałem, ale nie mieć ich tylko na własnych barkach.
Idea agencji: etaty się kleją, zostają wolne godziny na własne projekty, wolność.
Jak zacząłem pisać ten esej, to nawet stronę miałem w rozsypce.
Teraz już pięknie stoi w brutalistycznym klimacie. Przeredagowałem teksty oferty, produktów w sklepie. Postawiłem pełen branding – jeszcze tylko muszę wrzucić go wszędzie, gdzie cokolwiek tworzyłem.
Cieleśnie robię wszystko: codzienne treningi, spacery i bieganie. Nawet z psem na dłuższe spacery chodzę regularnie. Tu nie ma zmiłuj. W przeciwnym razie jest w dalszym ciągu cudownym psiakiem, ale przez kilka godzin daje się we znaki z nadmiaru energii.
Eseje też są dowodem tego, że do siebie wracam i jest mi z tym cholera dobrze.
A Bronsona dalej nie obejrzałem do końca.
Esej pisałem.
Fantastycznego dnia
Krzysztof, Pan Retro

