Skalowanie biznesu, a dobre chęci. Moja lekcja.
Czyli jak po całości wszystko spieprzyć i wyciągnąć z tego jakieś wnioski.
Mości Państwo,
Rozmawiałem z mężczyzną, który realizował poważne zlecenia na kilkudziesięcioosobowych ekipach - rzecz jasna w dużej firmie. Takiej, co zatrudnia 1500+ pracowników. Odszedł, bo miał dość kłamstw. Zmęczył się obowiązkami. Chciał wolności.
No i dał się oszukać.
Jeszcze rok temu, był cały w skowronkach. Pełen energii, marzeń, pasji i wiary w nową działalność.
Dzisiaj zatrudnia 10 osób, ma produkcję, magazyn, leasingi i... nie może wyjść z tego biznesu. Jest ubezwłasnowolniony. Wolność dopiero po godzinie 16:00 zamienił na klatkę pozornej wolności braku szefa. Przyzwyczajony był do dużych zleceń i dużych ekip. Bardzo szybko zatrudnił te 10 osób. Za szybko? Nie wiem. Zazwyczaj tego typu zakłady produkcyjne to 2-3 osoby. Nie jestem pewien, czy mając jego szerokie kompetencje, sam nie skusiłbym się na dokładnie taki sam krok. Gdzieś jednak w jego przedsiębiorczej matematyce wkradł się błąd.
Teraz jego szefem jest każdy klient, każdy dostawca, a nawet pracownik, który wykorzystuje to, że przedsiębiorca nie może sobie pozwolić na opóźnienia w pracy.
Nie mówię tego jako teoretyk z klimatyzowanego biura. Prowadzę agencję kreatywną i warsztat. W tym momencie, gdy to czytasz, moi klienci agencyjni zalegają mi 20 000+ złotych.
Faktury wystawione dwa miesiące temu. Pieniądze w próżni.
Okazuje się, że możesz robić świetną robotę, a i tak będziesz stać w kolejce po własne pieniądze, zastanawiając się, czy starczy na ZUS i pensję dla pracownika. To jest skandaliczne. I poniekąd zmienia psychikę. Moje natarczywe wręcz życzenie każdemu: FANTASTYCZNEGO DNIA nie bierze się znikąd.
Uważam, że lepsze to niż plucie jadem każdemu po oczach i narzekanie na każdym kroku.
Co robi z facetem brak poduszki finansowej?
W firmie brak płynności finansowej to powszechna kastracja przedsiębiorcy. To odbiera mu i głos, i jaja. Przedsiębiorca nie kładzie się spać, kiedy powinien, bo zabawia się w Stachanowca z wyrabianymi godzinami. Kiepski sen, kiepskie odżywianie, brak sportu pogłębiają wory pod oczami. Sprawiają, że chłop podejmuje coraz gorsze decyzje i negocjuje z pozycji kolan: na zmęczeniu fizycznym i psychicznym. Zgadza się na gówniane warunki, bo “musi wejść jakikolwiek przelew”. Godzi się na pomiatanie przez klientów i fochy pracowników. Z szefa staje się zakładnikiem.
Zazwyczaj wynika to z własnej głupoty, lęków, braku wiedzy - czy po prostu: paraliżu decyzyjnego.
Agencję prowadzę od niespełna roku i ten pivot ma swój konkretny powód.
Gdy prowadziłem sam warsztat, zatrudniałem młodego czeladnika, który, jak do mnie przyszedł pracować, nie potrafił niczego. Chciał się natomiast uczyć szyć. Stwierdziłem, że to i tak dużo, bo rąk do takiej pracy jest jednak jak na lekarstwo. Każdy dziś chce być influencerem i za darmo jeździć Ferrari, bo się jeden z drugim naoglądali samozwańczych samców alfa na TikToku i Instagramie.
A potem nawet jak nie jest dla nikogo wartością, to dopytuje, gdzie jego PREMIA.
No bo przecież przyszedł do pracy, to premia się należy, a on jedzie na wakacje i ma swoje potrzeby.
Każdego człowieka, z którym mam do czynienia – niezależnie od tego, czy to mój podwładny, uczeń, czy osoba na mentoringu – pytam: “co chce w życiu osiągnąć?” “Jakie ma ambicje?” “Czego potrzebuje, żeby czuć się spełnionym?”
Gość po 9 miesiącach stwierdził, że chciałby zacząć nagrywać materiały video i robić live-y z szycia.
Niby spoko, bo sam w taki sposób pozyskiwałem klientów, ale uważam, że to było nieco nie na miejscu w momencie, gdy portfel zamiast uszyć w 5 godzin, szył 5 dni, bo każdy element był wycinany 3x.
Wszystko przez głupie, powtarzalne błędy i brak skupienia. Gdy go pytałem: “Co się stało?” i “Skąd to się bierze?” - Odpowiadał: “Nie wiem, co się ze mną dzieje”.
Gdy go zatrudniałem, miałem odłożone około 25 000 na przygotowanie czeladnika - początkowo takiego o dwóch lewych rękach - do roli samodzielnego pracownika. Ta suma jednak szybko stopniała. Skończyła się mniej-więcej, jak zaczął sensownie pracować i produkować coś, co można sprzedać. Miesiąc-dwa było spoko. Miałem nadzieję, że kryzys został zażegnany i że teraz będzie tylko lepiej.
Nic bardziej mylnego.
Trzeba było znowu go utrzymywać - szkoda tylko, że początkowa poduszka się wyczerpała i bardziej obciążony był bieżący cashflow. A i już poza oficjalnymi rozmowami dyscyplinarnymi wysprzęglił mi się, że urządzał sobie maratony filmowe z Hobbita, Władcy Pierścieni i Harry’ego Pottera, przez co jego poziom skupienia przekładał się na pierniczenie każdego projektu. Stąd te 5h vs 5 dni na zrobienie portfela.
Pożegnaliśmy się w końcu. Szkoda, bo to w sumie dobry chłopak był, ale jak na to patrzę z perspektywy, to chciał walczyć o siebie nie na tym froncie, co powinien. Brak premii faktycznie bywa bolesny, acz sprawczość mamy tam, gdzie ją rzeczywiście mamy, a nie tam, gdzie nam się wydaje. Wszelkie projektowanie własnych problemów na innych zawsze wychodzi bokiem.
A wiesz, czyja tutaj była tego wszystkiego wina?
No oczywiście, że moja, ale zanim przejdę do płynącej z moich błędów lekcji, to domknę temat obecnych działań.
Stwierdziłem wtedy, że skoro jest taki dramat na rynku pracowników w rzemiośle, to trzeba oddelegować moje działania z innej strony.
Skoro zdążyłem wyprodukować 1200+ materiałów wideo (bardzo różnych formatów, a te krótkie to i ponad 1mln wyświetleń miały), tworzę swój brand, a kiedyś zajmowałem się innymi markami (niektórych bardzo dużych korporacji), to stworzę agencję brandingowo-kreatywną, a do rzemiosła jeszcze wrócę. Okazuje się, że wcześniej niż planowałem.
Zatrudniam teraz 1 pracownika, który montuje dla mnie część materiałów. Na razie nie jest to zatrudnienie rentowne, bo musimy się dotrzeć, wejść w procesy, poznać specyfikę firm - mojej i moich klientów.
W obecnej sytuacji część poduszki na działania, wprowadzenie w proces czy potknięcia nowego pracownika jest zamrożona.
Agencyjne zatory z płatnościami pokazały mi, że o ile posiadanie kilku stałych klientów ma swoje plusy, bo nie trzeba się reklamować i walczyć o nowych z konkurencją, to jak jeden czy 2 przestaje płacić, to się znowu zaczyna palić pod 4-ma literami.
Niegdyś postanowiłem sobie, że chcę być partnerem we wspólnym wzroście ludzi, z którymi pracuję i jeżeli mam wykonywać swoją pracę solidnie, to nie mogę ich mieć zbyt wielu, bo każdy biznes - problemy, klientów i właścicieli muszę doskonale znać i rozumieć, żeby być wartością, a nie samym kosztem. Zamysł, tworzenie, rozwijanie, skalowanie działalności powinny się odbywać w oparciu o te same wartości - nawet jeżeli finansowo pozornie lepiej by to wyglądało.
Wracam zatem do galanterii wcześniej niż planowałem, bo przepływ gotówki od klientów indywidualnych jest natychmiastowy.
Sam czy z pracownikiem? Oczywiście, że docelowo z czeladnikiem, aczkolwiek teraz będę kogoś szukał do pracy w nieco innej formule.
Zorganizuję serię płatnych warsztatów dla tych, którzy będą chcieli się rzeczywiście uczyć fachu. Kilka weekendów. Kilka turnusów. Poznam tych ludzi i któryś w nagrodę dostanie możliwość pracy ze mną i wspólne tworzenie brandu Pana Retro.
Dyskutowałem ze starym tapicerem na temat nowych pracowników. Gość prowadził kiedyś kilka zakładów: najpierw produkujących buty (jest również szewcem), a następnie duży, zatrudniający kilkunastu tapicerów zakład tapicerski. Na przyuczaniu do zawodów rzemieślniczych zdarł niejedne podeszwy.
Wspominał, że niegdyś, jak jakikolwiek mistrz przyjmował czeladnika do swojej pracowni, to ten musiał najpierw zapłacić za naukę. A jak był bardzo młody, to rodzice chodzili za mistrzem i to oni za jego naukę płacili.
Wydaje się być to nadużyciem, wyzyskiem i januszostwem? Też mi się tak wydawało, gdy zatrudniałem swojego pierwszego czeladnika. Jednak zatrudnianie w nieswojej firmie to nie to samo, co zajmowanie się własnym biznesem. Szkoda, że wcześniej z Jackiem (starym tapicerem) nie porozmawiałem. Dlaczego?
Zrobiłem dokładnie odwrotnie, niż Jacek by mi prawdopodobnie zalecił. Przez 3 miesiące mój czeladnik nie był w stanie wyprodukować czegokolwiek na tyle sensownego, żebym mógł to sprzedać. Nie dość, że to ja mu płaciłem za jego naukę, to jeszcze robił rzeczy dla siebie, swojej dziewczyny czy innych członków rodziny. Surowce, miejsce pracy itd. rzecz jasna ja opłacałem.
Jak wrócę pamięcią do czasów, gdy zarządzałem ludźmi w większych zespołach, to jednak podejście starego tapicera nie wypadło krowie spod ogona. Jak ktoś ma cokolwiek szanować, to musi za to zapłacić. Czasem, pieniędzmi, trudnościami, emocjami.
Mężczyzna swój charakter też wykuwa w ogniu trudności i cierpienia. Od głaskania po głowie i dostawania wszystkiego na tacy nie dostaje się pięknego życia.
A ja właśnie chciałem być dobry i dałem wszystko jak na tacy. Chciałem wziąć na siebie odpowiedzialność. Wiesz: przychodzi do pracy, dostaje pieniądze.
Okazuje się, że surowość i dobroć nie zawsze muszą się wykluczać.
Nie wiem, czy moje myśli idą w dobrą stronę, ale niektórzy pracownicy czy podwładni oczekują/potrzebują traktowania, jakby się było ich surowym, ale dobrym ojcem. Albo przynajmniej starszym bratem.
Wracam z tego wszystkiego do rzemieślniczych fundamentów, bo rzemiosło uczy pokory wobec materii i szacunku do matematyki.
Uruchamiam to miejsce – Niech się liczy – nie po to, żeby sprzedawać Wam motywacyjne pierdololo. Będziemy tu co jakiś czas rozbijać na czynniki pierwsze twardą rzeczywistość: biznes, komunikację, odporność psychiczną i odzyskiwanie sprawczości. Bez cenzury.
Trochę w życiu robiłem, popełniłem masę błędów. Mogę się tym podzielić i razem wyciągniemy lekcje.
Jeśli masz dość internetowych bajek i chcesz budować biznes oraz życie oparte na twardym Pionie, a nie na ruchomych piaskach – zapisz się na mój darmowy newsletter. Listy wysyłam w każdą niedzielę o 6:00. W sam raz do porannej kawy.
Fantastycznego dnia!
Krzysztof, Pan Retro
