Do wody w kuźni i dbania o siebie wrócimy następnym razem.
Mości Państwo,
Napisałem coś. Zrobiłem zdjęcie. Przepisuję 1:1 to, co na papierze.
I coś mi nie gra.
Wdech-wydech. Wstałem. Kółko dookoła domu. Siadam.
Czytam całość. „Oho. Którą dziurę w sercu chcę załatać?”
Przepatrzyłem inne swoje wpisy w dzienniku. Jak pisałem dla siebie — wylewając z siebie to, co rzeczywiście myślałem — bez filtra — wszystko trzymało się kupy.
Jak postarałem się pisać tak, żeby to „dobrze wyglądało” na zdjęciu czy w oczach publiki, to wychodziła głupota i coś kompletnie ze mną niespójnego.
Zaczynam kryć się z tym, co we mnie rzeczywiście siedzi. Wycofuję się z zasad, które wyznaję, żeby zmiękczyć przekaz. Bo format krótki. A ktoś nie zrozumie wszystkiego, trzeba zostawić furtkę: „to zależy”.
Długie teksty pod sztandarem “Niech się liczy” przepisywałem i rewidowałem po kilkanaście razy, żeby było to prawdziwe. Z tego samego powodu. Sięgałem więc głębiej i głębiej.
Maska. Poza. Gęba.
Moja czy nie moja?
Moja. Mój filtr 15 lat występowania przed ludźmi w dalszym ciągu działa na pełnych obrotach.
Mam zlecenie. Jadę.
Wysiadam z samochodu. Podają rękę. Rozmawiam. Patrzę. Zachwycam się.
Podnoszę aparat. Zdjęcie. Jedno-drugie. Klik! Bliżej. Klik! Widzę więcej. Przestaję robić zdjęcia. Wchodzę.
Nie rozumiem już, po co tutaj przyjechałem. Odwracam się, chowam aparat. Wychodzę.
Słucham prośby: „Chcę, żeby na zdjęciach biznes wyglądał lepiej niż w rzeczywistości. Klienci mówią mi, że w internecie tego nie widać, a tutaj jest lepiej niż na zdjęciach”.
Znowu gęba. Nie moja. Nie ja ją stworzyłem.
Znam ten mechanizm zbyt dobrze. Zrobiłem to samo trzy godziny temu przy dzienniku.
Waham się.
Odmawiam. I dla siebie, i dla niego.
Liczby na koncie. Opinie na Google. Rzeczywistość i tak wszystko weryfikuje.
Ja zweryfikowałem swoją.
Wyciągam dłoń i składam propozycję.
”Słuchamy ludzi. Dowozimy obietnice.
Dokumentujemy to, co piękne i prawdziwe”.
Opłata za 10 dni pracy wisi w powietrzu.
Czekam.
Kiwa głową. „Zgoda”.
Ostatnia wiadomość. Ostatnia rozmowa.
Nie zliczę, ile już razy w tym tygodniu przyprawiano mi gębę.
Bywało, że się poddałem, bo tak było łatwiej. Jedna walka wygrana. Jedna przegrana.
A Ty? Jedna wygrana. Jedna przegrana. Ile w tym tygodniu?
Fantastycznego dnia!
Krzysztof, Pan Retro


Zgoda ze sobą to czasem trudne, ale jakże dobre.