Mości Państwo,
Wymioty przez całą noc.
Leżę w łóżku i mówię sobie, że powinienem wyjść biegać.
Za 2 tygodnie jest bieg. Półmaraton.
Dzwonek do drzwi. To Mateusz po mnie przyszedł.
Wczoraj się umówiliśmy, że o 6:00 idziemy biegać.
Nie pamiętam, czy dzwonił raz czy dwa.
Albo jestem tak zmęczony, że mam wszystko w dupie, albo jestem półprzytomny i tego pierwszego dzwonka nie pamiętam.
Teraz tym bardziej nie pamiętam.
Dzwonek. Drugi raz, albo trzeci.
Dopiero teraz do mnie dociera, że coś się dzieje. Ktoś dzwoni.
Olewam. Potem myślę: “Mateusz miał przyjść i mieliśmy jechać do lasu, żeby pobiegać. Tam jakaś większa ekipa się zebrała”.
A ja leżę.
Niby mam w dupie, a jednak nie mam w dupie.
I nie wiem na co jestem zły.
Swoją słabość i chorobę?
A może to, że Karma mówi mi - olej, to nie Twoje.
A może jednak, że to zgrabna wymówka.
Kolejnego dzwonka nie było. Drzwi nadal zamknięte.
Nie wiem, ile Mateusz pod nimi stał, ale biorąc pod uwagę jego typową chyżość w działaniu – te 3 dzwonki to i tak były oznaką dużej cierpliwości.
Było już jasno. Było też grubo po 7, a mimo to leżałem jeszcze przez godzinę.
Okno w pokoju zamknięte. Drzwi wejściowe też. Zaduch nie poprawiał tego, jak się czułem. Po diabła zamknąłem te drzwi? A i były daleko od łóżka. Każda próba zwertykalizowania pozycji kończyła się zawrotami głowy i kolejną chęcią ponownego słuchania szumu fal wydobywającego się z muszli klozetowej.
Mateusz przyszedł później, popatrzył, pokiwał głową i zajęliśmy się innymi sprawami. Dość jałowymi, jak się później okazało.
Do zdrowia dochodziłem ponad tydzień.
I przez ten tydzień nie zrobiłem absolutnie nic.
Chyba bardzo nie chciałem przebiec tego nieszczęsnego półmaratonu, że na ostatniej prostej mnie tak rozłożyło.
Ile w człowieku jest autosugestii i samospełniającej przepowiedni, a ile diabelskich podszeptów, które mówią: “a teraz Ci wywinę niezły numer”.
Czort wie.
To już się działo.
Wtedy to przypomniałem sobie te noce i poranki, gdy nie potrafiłem po prostu leżeć. Chociaż lepszym określeniem będzie: „większość nocy”. Wiercenie się – to przynajmniej niedopowiedzenie. Tylu pozycji, które uskuteczniałem każdej nocy, żeby mnie nie bolało nie ma nawet w Kamasutrze. A dotyczą przynajmniej dwojga osób, więc trzeba te książkowe liczyć podwójnie. Jeden bok. Drugi bok. Kolano proste. Kolano zdjęte. Kolano przy klatce. Stopa przy wezgłowiu, z lewej - albo z prawej. Kręgosłup w znak zapytania. Raz do przodu, raz do tyłu. Z resztą boku też. Potem na chwilę w kucki przy łóżku. Potem nogi proste. Pozycja embrionalna. I tak do pożygu.
To wszystko trwało ponad rok. 6 fizjoterapeutów. Treningi.
Prawdziwe trudności zaczynały się jeszcze zanim doszedłem na siłownię, żeby coś z tym realnie zrobić. Wstaję od stołu w pracowni zgięty jak znak zapytania. Przebieram się, biorę torbę treningową. Wychodzę. Idę na siłownię. Siły starczyło na 50 metrów. Do skrzyżowania mam jakieś 5m, a potem wypada przejść przez ulicę, a ja już jestem zlany potem i z czerwoną gębą nabrzmiałą od zaciskania zębów z bólu. Stoję. Ni to iść do przodu, ni to się cofnąć. Przysiadam. Rozciągam się. Trochę. Trochę bardziej już nie idzie. Pod prawym pośladkiem rwie jak sk… bardzo rwie. Lumbago w pełnej krasie. Kręcę się i wiercę. Coś naciągam. Czuję wątpliwą ulgę. Wstaję. Idę dalej.
Tym razem docieram na miejsce, ale nie zawsze mi to wychodzi. Próbowałem codziennie.
Nie byłoby w tym niczego złego, gdybym przynajmniej w ciągu dnia mógł normalnie funkcjonować. Jednak z tym też był spory problem. Nie myślałem, że taki mały mięsień, jak gruszkowaty jest w stanie tak bardzo uprzykrzyć życie, jak nie jest zaopiekowany.
Mam trzydzieści siedem lat, a ciągle słyszę, że po czterdziestce jak człowiek się budzi i go nic nie boli, to coś nie gra. Tymczasem: po 40 ma boleć to takie pierdolenie, z którym się nie zgadzam i z takim smędzeniem wyraźnie walczę.
To trochę jak niektórzy mówią, że “to takie polskie, że się narzeka” - narzekanie nie jest polskie, tylko zjebane.
Ból fizyczny bierze się z moich zaniedbań i w takim formacie to cierpienie.
A cierpienie jest decyzją. I rachunkiem do pokrycia.
Moje zaniedbania doprowadziły mnie do tego, że w ogóle nie mogłem chodzić, siedzieć i leżeć bez bólu. A mówiąc precyzyjniej: nie mogłem pozostawać w jednej pozycji czy wykonywać jakiejkolwiek czynności dłużej niż przez kilka minut. Ból był i tak, ale potem stawał się nieznośny.
Pamiętam wieczór w klubie studenckim, gdzie jadłem kolację przed prowadzeniem zajęć na AWF-ie w Warszawie. Podchodzi do mnie student fizjoterapii. Siada obok i pyta: “Czy jesteś fizjoterapeutą? Siedzisz tak, jakbyś był, a nie widziałem Cię na roku”.
Zjedliśmy razem, po czym zaprosiłem go na zajęcia w zespole AWF-u. Przyszedł kilka dni później z dziewczyną.
Przez lata zajmowałem się tańcem. Teatry, opery, sceny profesjonalne i amatorskie. Setki występów, praca jako trener personalny i instruktor są za mną. Tymczasem jeszcze do niedawna garbiłem się tak bardzo, że rzucałem bluzgiem za każdym razem, jak widziałem się w lustrze.
Ludzie nie komentują tego, że się garbię. Albo się boją, że im pocisnę, jak sami wyglądają, albo nie kopią leżącego. Ciężko stwierdzić.
Decyzja o tym, żeby przestać zajmować się sobą, żeby przestać trenować była moja. Mimo wszystko, wszystko co bym tutaj ewentualnie powiedział jest niczym innym, jak wymówką.
Warunki. Męka. Radość.
Pojechałem do swoich klientów na obóz w Sokolikach. Wsiadłem w pociąg w środę o 20:40. Dwie przesiadki w środku nocy. Dziesięć godzin wśród ludzi w nocnym, zatłoczonym wagonie. O! W końcu zasnąłem. 5 minut później. Kobieta dwa rzędy dalej idzie do WC. Przewróciła torebkę. Potem kopnęła jakąś dziewczynkę. Ta krzyknęła. Zaczyna płakać. O. Jednak nie śpię.
Dojechałem w Góry Sokole o 7 rano.
Wysiadłem. Plecak na plecy. Torba na ramię.
I jedno i drugie swoje waży. W plecaku sprzęt foto-video: aparat, mikrofony, baterie, kable, MacBook, ładowarki, powerbanki. Torba jeszcze cięższa i mniej wygodna do niesienia: jedzenie, woda, ubrania, sprzęt wspinaczkowy, buty, outdoorowe gadżety.
Z kolei do kempu droga z kategorii przez las, przez pole, między drzewami skręć w lewo, idź na azymut, albo dookoła. Nigdy tamtędy nie szedłem, więc myślę: „Dojdę, albo nie dojdę. A raczej dojdę jeszcze później. Torba. Plecak. Oho. Może jeszcze trochę później”.
Kiedyś przygotowywałem się do maratonu. Jednym z najlepszych treningów był marsz z ciężkim plecakiem. Lubiłem to.
Ale teraz?
Zmęczony. Głodny. Nieprzespana noc.
Idę. Przecież nie usiądę i nie będę wzdychał nad niedolą. Szybciej dojdę - prędzej odpocznę. Idę i nie zwalniam tempa.
Widzę coś czerwonego między drzewami. Namioty? Kemping!
Nieważne, co widzę. Czuję.
Przyspieszam tempa jeszcze bardziej. Jestem na miejscu. Zatrzymuję się. Stoję. Dwa krótkie oddechy. Jeden dłuższy. Idę dalej. Mijam ludzi przy ognisku z ciężkimi tobołami przy nogach. Witam się z tymi, których znam. Idę od domku do namiotu w poszukiwaniu znajomych. Plecak dalej na plecach. Torba nadal na ramieniu, a ja nie mogę pohamować uśmiechu.
Wcześniej też przecież szedłem z tym szpejem - idąc do pociągu też to miałem w rękach, ale krótko, albo podjechałem autobusem.
A tu było niewygodnie, nierówno, daleko, kręto.
Najlepiej.
Brak działania też jest działaniem.
Moje ostatnie życiowe odstawki nie miały swojego kalendarza i zdążyły mnie kopnąć w dupę.
Zazwyczaj rezygnuję z czegoś w imię czegoś innego. Doba nie jest z gumy. Można niektóre rzeczy robić krócej, ale jak chce się coś zrobić dobrze, to trzeba to robić często. A jak chce się to robić naprawdę bardzo dobrze, to trzeba na to poświęcać jeszcze więcej czasu. Można czegoś uczyć się 10 lat, a można się ogarnąć w trzy. Albo niedużo dłużej. Jak ja z tańcem. Da się, ale pod tym konkretnym kątem to się raczej wyhodowałem. Nic innego się nie liczyło. Zrezygnowałem ze wszystkiego.
Gdzieś już to chyba grałem.
Rafał Mazur mówi o tym, że jak chce się coś osiągnąć, to trzeba wybrać pewną część swojego życia, jako tę, która będzie do dupy.
Niekiedy, w szczególności jak mam gorszy dzień, powtarzam sobie: “trzeba wybrać swoje przejebane”. Słowo klucz, to: “wybrać”. Samodzielnie. Po swojemu i dla siebie.
Z kolei parafrazując innego znanego klasyka publicystyki, Stefana Kisielewskiego urządzanie się w dupie jest realnym problemem.
Dwa światłe umysły, dwa podejścia, dwie fundamentalnie odmienne filozofie. Obie wydające się logiczne. Obaj panowie mają rację. Niepełną, ale mają.
To nie mogą być zasady. To muszą być kierunkowskazy, które się włącza wtedy, kiedy jest to potrzebne.
Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem. Kilometr. Dwa. Pięć. Nagle pasażer zadaje pytanie: “dlaczego nie zjechałeś w prawo 30 s temu?” Jeżeli mu odpowiesz: “a tam był zjazd?”, to czy podejmowałeś jakąkolwiek decyzję?
Z drugiej strony można powiedzieć sobie: “dojadę w możliwie najkrótszym czasie z punktu A do punktu B, tak jak pokazuje mi GPS”. I jedziesz. Nie musisz się zastanawiać, czy po drodze może będzie jakiś zjazd. Przyjmujesz założenia wstępne i się ich trzymasz.
Poza podjęciem wstępnych czy okresowych decyzji koniecznym jest ustalenie ram czasowych całego przedsięwzięcia. To znaczy czy to będzie miesiąc, rok, a może trzy. Ale to zadecydowane olewactwo nie może być elementem, który będzie się ciągnął kolejne 20 lat.
Czy sam rezygnowałem? Oczywiście.
Jakbym nie zrezygnował z relacji, to firma by nie stała.
Z kolei, jakbym posłuchał “specjalisty” – jakbym nie trenował regularnie siłowo, to ziściłby się mokry sen chirurga, u którego byłem pierwszy raz ze skręconym kolanem. Ale o tym za chwilę.
Patrząc na moje początkowe decyzje życiowe: z jednej strony mogłem nigdzie nie wyjeżdżać. Zostać w mieście rodzinnym. Wcześnie się ożenić, mieć gromadkę dzieci, być blisko rodziny. Życie, którego nie ma jest kosztem, który się ponosi.
Rok w Danii. Opera Wiedeńska. Grecja. Oman. USA. Jakbym miał rodzinę, chodził do normalnej pracy, do urzędu, to nie miałbym na to wszystko czasu. A warto było pracować i się starać. Choć sobie też myślę: “co by było, gdyby?”
Ciekawi mnie czy to załącza mi się tryb wewnętrznego masochisty, czy czysta radość tworzenia - w tym przypadku świata, którego nie ma.
Jest i krok dalej nawet dziś: rezygnacja z randkowania, spotkań ze znajomymi przez jakiś czas, żeby się skoncentrować na sobie. W którymś momencie człowiek pracując nad sobą zaczyna dostrzegać, że tematów do rozmowy ze znajomymi jest coraz mniej. Przestajesz pasować do swojego towarzystwa, ale do tych ludzi, do których aspirujesz jeszcze Ci daleko. Zostajesz sam.
Jeden życie tworzy, inny pozwala mu się tworzyć. Świadomie, lub nie. Wydajesz sobie rozkaz i mierzysz się z konsekwencjami, albo płyniesz, bo tak wiatr zawieje. A konsekwencje pozostają nadal.
Niegdyś postawiłem wszystko na jedną kartę, jaką był sport. Ruch. Taniec. Chciałem wiedzieć. Rozumieć. Nie tylko o technice czy różnych stylach tanecznych. Wszystko o ciele i sporcie.
Osiągnąłem to i owo i zostawiłem każdy z tych aspektów za sobą. Okazało się, że bardziej, niż planowałem.
Słowo: “nie” było mi bratem w niemniejszym stopniu, niźli zapalonemu do pracy sprzedawcy. Z tą różnicą, że to nie moi klienci mówili:
“Nie”.
“To nie mój świat”.
“Nie chcę”.
Niespełna rok temu, na ostatnim występie w Operze Narodowej również się nie pojawiłem.
Nie było to łatwe, ale zrezygnowałem z czegoś, żeby być kimś więcej. Odmawiałem każdej propozycji.
Gambit i takie tam.
Czy na tym polega: “wybieranie swojego przejebane”?
Gdy chciałem mieć wszystko
Sportem zajmowałem się mniej–więcej od 15 roku życia. Przynajmniej wtedy kupiłem pierwszą książkę o treningu – “Sztuka kształtowania ciała”. Zlepek myśli i notatek Bruce’a Lee. Pierwszym idolem ogólnie był Rambo, jak biegałem z dzidą po krzakach, ale Bruce to był mój pierwszy merytoryczny idol spod znaku kultury fizycznej. Weźmy pod uwagę, że dwadzieścia dwa lata temu internet dopiero raczkował. YouTube albo jeszcze nie istniał, albo były tam wrzucane jedynie filmy ze śmiesznymi kotami. Sensownej wiedzy o treningu sportowym było niewiele. A jeszcze trzeba było wiedzieć, czego się szuka. Ja nie wiedziałem. Za treningi wzięliśmy się z Łukaszem, który też nie wiedział. Mimo wszystko całe wakacje biegaliśmy, robiliśmy codziennie po kilkadziesiąt km na rowerach, a wszystkie serie i powtórzenia typowych ćwiczeń skrzętnie zapisywałem za nas dwóch w notesach po każdym treningu. Kupiliśmy i tłukliśmy worek bokserski. Boks to raczej nie był, ale robiliśmy, co mogliśmy. Uczyliśmy się też chodzić na rękach. Do dziś umiem. Były jeszcze grane jakieś chwyty z samoobrony i szeroko rozumiana praca nad gibkością.
Cóż - robiliśmy wszystko - w nie takiej ilości i intensywności, jak trzeba, ale efekty z tego miałem takie, że sam przestałem być grubym dzieciakiem. Przestałem słyszeć: “gruby na bramkę”. Nie byłem już ostatni w doborze do drużyny, a biegów długodystansowych nie kończyłem prawie na czworaka.
Łukasz też się wzmocnił. Ja biegałem po wakacjach szybciej i z większym zapasem wytrzymałości, niż reszta mojej klasy w liceum. Łukasz biegał jeszcze lepiej.
Wszystko zanosiło się na to, że będzie pięknie, niebawem będę sylwetką dorównywał Van Damme-owi czy innemu Rambo, a jednak stała się moja pierwsza, wymuszona przerwa od sportu. Skręciłem nogę w kolanie. Po raz pierwszy. W dalszym ciągu nie wiem, co jest prawdą. Nie wiem czy wewnętrznie bronię gościa, z którym miałem na pieńku, a był obok. Nawet jeżeli on mnie potrącił, to mogłem się nie popisywać.
“Genialny chirurg-ortopeda” wsadził mi nogę w gips, gdzie nie było uszkodzenia kości. Po 3 miesiącach od zdarzenia moje prawe kolano - nawet gdy opuchlizna już zeszła - było większe w obwodzie od mojego uda. Z kolei przed kontuzją byłem w stanie zrobić w jednym ciągu ok. 20 pistoletów (w sensie przysiad na jednej nodze z drugą wyprostowaną przed siebie). Nigdy więcej nie pozwoliłem zapakować się w gips przy skręceniu.
Bolało. Nie pistolety. Brak ruchu i ponowny brak sprawności. Byłem przekonany, że to koniec mojej jakiejkolwiek kariery sportowej - bo tak nawet “specjaliści” w szpitalu mi mówili. Żadnego trenowania. Żadnej siłowni. Żadnego biegania. Przestój trwał ze 2 lata, bo kontuzja ciągle dawała o sobie znać. Lekarz, specjalista - myślę sobie, trzeba słuchać, skoro tyle lat się tego wszystkiego uczył i tyle lat “leczy”.
Potem jednak stwierdziłem, że “tych specjalistów to ja p****olę, przecież nie będę kaleką do końca życia”. Wróciłem do sportu. Wziąłem się na poważnie za boks, kickboxing i judo. Nawet biegałem co drugi dzień po 10 km. W końcu od tych nocnych biegów w zimę się pochorowałem tak, że diagnozy i farmakoterapia mi nie pomagała przez 2 miesiące. Zima się skończyła i jakoś wróciłem do życia. Wróciłem na treningi i chwilę potem skręciłem nogę. Po raz drugi. Tym razem lewą. Już jedna nóżka nie była bardziej. Teraz obie zaczęły być felerne.
Znowu miałem dłuższą przerwę od sportu. Krótszą niż poprzednio, ale jednak. Tymczasem wyjechałem z Polski. Do Danii. A tam rowerów więcej, niż samochodów. Ruch był, więc kolana były zaopiekowane. Po roku wróciłem do kraju. Zacząłem studia na AWF-ie w Warszawie. Tam zaczął się mój okołotaneczny pierdolec. I po 3 latach znowu nogę skręciłem. Po raz trzeci. Znowu prawą. Wtedy stwierdziłem, że to się zaczyna robić nudne.
Niemniej jednak do zdrowia i sprawności wróciłem absurdalnie szybko. Nie myślałem, że motywacja w ludziach/społeczności daje takie możliwości. A może autosugestia? Czyżbym miał dobre predyspozycje do bycia Czortem? To był chyba pierwszy raz, gdzie stała mi się krzywda i rzeczywiście potem wróciłem silniejszy i sprawniejszy. Regularne treningi dały mi potrzebną wiedzę do tego, żeby się o siebie zatroszczyć. Specjalistów też już przerabiałem, więc robiłem, co uważałem. Wyszło nienajgorzej.
Zacząłem trenować innych. Dobrze mi to zrobiło. Miałem powód, żeby o siebie dbać przez wiele lat bez żadnego przystanku. Musiałem być zawsze na czas. Musiałem od wszystkich robić więcej pompek, być szybszy i sprawniejszy. Musiałem być zawsze gotowy i przygotowany. Musiałem sam się pilnować bardziej niż ustawa przewiduje. Musiałem zwracać uwagę, żeby nie wracać do złych nawyków.
Chciałem być absolutnie ponadkompetentny, żeby móc świadomie i zdrowo prowadzić siebie i ludzi, którzy byli pod moimi skrzydłami, a oni mieli do kogo równać.
Dobremu wojownikowi brzmi milej „musisz”, niźli „chcę”. I wszystko, co wam jest drogie, winniście sobie wprzódy pozwolić nakazać. (Tako rzecze Zaratustra. F. Nietzsche)
A potem zaczęli przed zdrowymi ludźmi zamykać cmentarze i lasy. Zamknięto mi wszystkie miejsca użyteczności publicznej. Jestem powiernikiem wolności i narzucania dyscypliny głównie przez siebie, a przy takiej obstrukcji stwierdziłem, że trzeba coś z tym zrobić. Tańcem na razie się zajmował nie będę, więc postanowiłem, że od teraz będę duży i silny. Najpierw masa, potem masa. Przez kilkumiesięczny okres zamknięcia wytrenowałem się tak, że w martwym podnosiłem 150kg, a na ławeczce i w przysiadzie brałem swoją masę ciała, a żeby mieć spoko wydolność, robiłem 500 burpeesów w jednym ciągu. Samo to fikanie zajmowało mi 2 godziny, ale raz w tygodniu mogłem na to pójść. Potem wyprowadziłem się do Białegostoku.
Z praktykowania tańca zrezygnowałem kompletnie. W Warszawie nic mnie już nie trzymało, a trzeba było zarabiać. Trenowałem. Dbałem o siebie. Było wszystko pięknie. Aż nagle, jak już wszystko było znowu otwarte – wtedy i mnie choróbsko dopadło. To choróbsko. Do tego stopnia, że miałem problem z wejściem na półpiętro bez złapania zadyszki.
No i który to już okres stagnacji?
A późniejszą historię mięśnia gruszkowatego już znasz.
Kowadła nie rosną na deszczu
Miewałem różne okresy w działaniu na korzyść i niekorzyść dla swojego zdrowia. W którymś momencie nabudowałem tak olbrzymi poziom zdrowia, że nic mnie nie ruszało, byłem super-sprawny-fizycznie, nie męczyłem się i miałem niestrudzone pokłady energii. Jak się nad tym zastanowię, to olanie swojego zdrowia było pokłosiem przeświadczenia, że jestem niezniszczalny.
Problem polega na tym, że ta niezniszczalność musi być codziennie wykuwana. Kowadła mają to do siebie, że im starsze, tym są lepsze. Sprężystość. Twardość. Nawet lepiej brzmią. A ja bez tych uderzeń młota, bez picia wody jako kowal w kuźni pozwalałem na ciągłą deprawację swojego zdrowia. Tak jakbym postawił nowe kowadło na zewnątrz i pomyślał, że dobrze mu zrobi, bo przecież drzewa od słońca i deszczu też rosną. Przestałem się wykuwać. Z kolei piętnaście godzin pracy dziennie nie pomagało i był to czynny wydatek z zapasu, którego już nie uzupełniałem.
Przy czym ten zapas był tak duży, że przez lata nie było widać, że się kurczy. Jak widać można brać bez odkładania bardzo długo, jeśli wcześniej nabudowało się rezerwę. Aż któregoś dnia nie można wejść na półpiętro. Rachunek narastał latami, aż go zobaczyłem z odsetkami. W lustrze. I tego już nie odzobaczyłem.
Dziś do mnie dociera, że ten dług mam zaciągnięty na dwóch kontach. Wobec ciała — spłacony pięćdziesięcioma metrami w bólach i sześcioma fizjoterapeutami. Wobec relacji — ten jest nadal otwarty. Zaciągam dług emocjonalny. Imprezy, radość, znajomi. Jakiś czas temu powiedziałem sobie, że to będzie moje “przejebane” na czas aż nie postawię tak biznesu, jak tego sobie życzę. Mam swoje cele i marzenia i może kiedyś o nich jeszcze napiszę.
Problem w tym, że - jak wcześniej napisałem - taki wybór będzie działał tylko, jak będzie ograniczony czasowo.
Jak psia jedynka pomoże mi okiełznać czas
Ostatnio wziąłem pod swoje skrzydła psa ze schroniska. Tego, co widać na zdjęciu. Drops vel Gruby. Największy z miotu. Ponoć najbardziej gryzący wszystko, łobuzujący i szalony. Jak do mnie przyjechał, to przez 4 dni był grzeczny jak aniołek.
Teraz nazywa się Jaskier i jest diabłem tasmańskim, albo innym chochlikiem na sterydach.
Wymaga bardzo dużo uwagi. Tak, jak zawsze myślałem, że mam kalendarz wypełniony po korek, tak teraz tym bardziej tak uważam. W szczególności, że domaga się wyjścia na spacer do 10x w ciągu dnia. Niekiedy na jedynaczkę co 15 min. Nie to, żeby miał pęcherz jak orzech kokosowy. Raczej jedzie strugami wielkości łyżek stołowych.
W sumie lepsze to, niż zbieranie z podłogi.
I nie: Jaskier to na razie mała, gryząca wszystko menda, a nie żadne psiecko.
15 minut to jest skrajność, ale większość interwałów zaczęła być w moim przypadku wręcz absurdalnie efektywna. Mam ciągle z tyłu głowy, że ten urwis się odpali i znowu będzie trzeba za nim ganiać, więc robię wszystko na turbo skupieniu i z efektywnością, o którą się nie posądzałem. Muszę jeszcze popracować nad kwestiami w pracowni przy skórze, ale tematy agencyjne idą palce lizać.
Nie myślałem, że będę wdzięczny psu, który ma 3 miesiące i jest u mnie od tygodnia za to, że pomaga mi poukładać moje życie.
Jest taka książka o ludziach, którzy na łożu śmierci mówili, czego w życiu żałują najbardziej. Książka Bronnie Ware jest jedną z najbardziej nadużywanych książek w świecie kołczingu, ale mimo wszystko warto ją przeczytać, żeby złapać kontekst.
Świetnie wygląda rachunek, gdzie wszystko jest na zielono. Wygląda świetnie, dopóki nie przejrzysz całej buchalterii i wszystkich kont, portfeli, skarpet pod materacem.
Absolutnie nie wierzę w work-life balance i będę to mówił do znudzenia. Nie zmienia to faktu, że klapki na oczach też nie są sensowne.
Jak chce się coś osiągnąć, trzeba się temu poświęcić. Ja się poświęciłem tańcowi. Rzemiosłu - kaletnictwu/tapicerstwu też. Natomiast uważam, że takie poświęcenie jest niewystarczające. Jak będziesz dziś rzemieślnikiem i nie będziesz potrafił sprzedawać, to jesteś w dupie. To też jest przestroga przed hodowaniem siebie w jakimś kierunku i posiadaniem obsesji, bo jest to wyniszczające. Przy tańcu może i coś-tam osiągnąłem, ale to były klapki na oczach. Sprzedawać nie potrafiłem. Uczyłem się tego przy swoim biznesie, ale wtedy zapomniałem o fundamencie – zdrowiu. Ba. Wręcz się od niego odwróciłem. Praca i ambicja były moją gwiazdą polarną. Jedną. W jednym przypadku miarą sukcesu są oklaski na scenie, w drugim konto bankowe. Poniekąd to ten sam kierunek.
Podobno praca nie jest najważniejsza - grupa badanych Bronnie Ware mówiła o tym, że pracowali, gonili za sukcesem i przez to omijały ich ważne elementy życia rodzinnego. Wydaje mi się, że takie tezy mogą głosić tylko ci, którzy rzeczywiście coś osiągnęli i byli w stanie powiedzieć – było/nie było – warto. Jak się niczego sensownego nie osiągnęło, to oczywiście, że każda inna opcja, która była na wyciągnięcie ręki byłaby lepsza. Hazard działa na tych samych zasadach. Grasz i wygrasz - możesz powiedzieć, że było warto ryzykować. Kto przy zdrowych zmysłach powie, że warto było ryzykować, jak się przegrało?
Ja tego życia rodzinnego nadal nie mam.
A jest mi dobrze.
Pozostaje pytanie: czy jest za późno na zmiany? Seneka twierdził, że życie wcale nie jest krótkie, tylko ludzie nie potrafią wykorzystać tego czasu, który mają. Ci sami stoicy zwracają uwagę, żeby pamiętać o tym, że koniec nadejdzie. Czasu jest aż nadto, ale jest ograniczony. Potrzeba jednak odrobiny nadziei, że można. I kalendarza. Zmiany można dokonać w każdym momencie, dopóki nie jest za późno. Z poziomu sportu mogę nawet wytrenować się do tego stopnia, że stanę na zawodach kulturystycznych. Jednak na olimpiadę, żeby rzucać młotem raczej nie pojadę. A wspinać się i to na najwyższym poziomie – nawet światowym – mogę i w wieku siedemdziesięciu lat. Pocieszam się, że trzydzieści siedem lat to nie koniec świata, ale jakbym się nad tym choć chwilę nie zatrzymał, to byłbym skończonym idiotą.
Pierwszy raz frazes: “Memento mori” usłyszałem w pomieszaniu doktryny stoickiej i nihilistycznej, i w połączeniu z osobowością flegmatyczną - ah te polonistki. Dopiero na studiach zacząłem czytać tych wszystkich klasyków. Przykre jest to, jak wiele mądrości dociera tak późno - tylko dlatego, że zawierzyłem ludziom, którzy się w czymś nie specjalizowali, a musieli to tłumaczyć. Kompletne marnowanie czasu. A może nie takie marnowanie, skoro w konsekwencji lekcję wyciągnąłem?
Lat nie ubywa. Do końca roku zostało niespełna sto dni.
Zwróć uwagę, że tego czasu z mamą, tatą, żoną, mężem, dzieckiem, przyjaciółmi jest coraz mniej. I jest to policzalne. Masz 40 lat. Twoja matka ma 70. Zostało Wam ile? 5? 10? Wspólnych Świąt Bożego Narodzenia? Może warto się przestać awanturować o to, że się nie ma czasu pojechać po choinkę?
Składając sobie postanowienia o zdobywaniu czegokolwiek warto mieć na uwadze rachunek, który wystawi Ci życie.
I pomyśleć, że potrzebowałem psa, żeby to do mnie dotarło.
Jaskier wymaga codziennego wychodzenia na spacer. Ruchu ulicznego się na razie boi, więc poranne, codzienne spacery są uskuteczniane dookoła domu. Trzeba też go zmęczyć, bo inaczej jest nie do życia wieczorem, więc co drugi dzień jeździmy do lasu biegać. Raz na ściankę, raz bieganie. Do biegu dookoła Wigier w lutym się powinienem wyrobić. Jeszcze o tym napiszę. Wygląda na to, że w końcu wracam do swoich ustawień fabrycznych.
A i teraz do wszystkiego dopiszę datę w kalendarzu.
A to też musi mieć datę.
Fantastycznego dnia
Krzysztof, Pan Retro

